Stara maszyna do pisania z trzema kropkami na kartce – symbol słów, ciszy i niedopowiedzenia

Patologia słowa

Mówimy dużo. Być może więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Używamy słowa jako formy ekspresji emocji, siebie, innych, świata. Nazywamy to, co czujemy, stawiamy granice, określamy potrzeby i bronimy własnej prawdy. Z biegiem czasu uczymy się coraz lepiej opowiadać, kim jesteśmy.  I właściwie nie byłoby w tym nic zastanawiającego, gdyby nie pewien szczegół – coraz częściej sięgamy po język, który nie tylko pozwala nam wyrazić siebie, ale również wpisuje nas w określone narracje, trendy oraz sposoby myślenia.

Czy słowo nadal służy nam do wyrażania siebie, czy coraz częściej kreujemy nim rzeczywistość, w której nasze ego może czuć się bezpiecznie?

Słowo – kiedy znaczenie staje się wygodne

Słowa mają znaczenie. A jednak to samo słowo, to samo zdanie w ustach dwóch osób może nieść zupełnie inną prawdę. Miłość może przytulać, ale może też odpychać. Troska może dawać wolność lub ją odbierać. Granica może chronić, ale może też oddzielać. A szczerość potrafi zbliżyć, choć czasem staje się usprawiedliwieniem dla zadawania bólu.

Być może nie słowa są najważniejsze, lecz kontekst, w którym są wypowiadane.

Można mówić o miłości, czując lęk. O wolności, potrzebując kontroli. O prawdzie, nie będąc gotowym jej zobaczyć i poczuć. Można być przekonanym o własnej szczerości i nie zauważyć, że najstaranniej dobrane słowa kierujemy nie do drugiego człowieka, lecz do siebie.

Kreacja,  czyli historia, którą sobie opowiadamy

Ile znaczeń nadaliśmy słowom po to, by nazwać prawdę, a ile po to, by nie musieć się z nią spotkać?

Z pojedynczych słów z czasem tworzy się historia. Opowieść, o tym, kim jesteśmy, czego pragniemy, co czujemy i dlaczego podejmujemy właśnie takie decyzje. Nadajemy sobie cechy, określamy wartości, budując obraz własnych przekonań. Czasem zapożyczamy język od świata, którym się karmimy – z rozmów, książek, social mediów, rozwoju duchowego czy psychologii. Słowa zaczynają układać się w pełen obraz, w którym coraz łatwiej rozpoznać własne odbicie.

Można odnieść wrażenie, że dlatego tak trudno czasem dostrzec granicę pomiędzy poznaniem siebie, a tworzeniem własnego obrazu. Można przecież długo opowiadać o wolności, nie zauważając miejsc, w których wciąż potrzebujemy kontroli. Mówić o akceptacji, omijając to, czego zaakceptować w sobie nie potrafimy. A także budować obraz własnej świadomości, pozostawiając poza nim wszystko to, co do niego nie pasuje.

Bo najbardziej przekonujące historie nie zawsze muszą być przecież opowiadane innym. Niektóre opowiadamy przede wszystkim sobie.

Iluzja obrazu bez pęknięć

Niektóre historie opowiadamy sobie tak długo, że z czasem przestają brzmieć jak opowieść. Stają się czymś znajomym. Bezpiecznym. Obrazem, w którym każdy z kolejnych elementów zdaje się znajdować swoje miejsce.

Z czasem wokół takiego obrazu mogą pojawiać się kolejne elementy, które zdają się go potwierdzać. Słowa, ludzie, przekonania, a nawet doświadczenia, którym nadajemy określone znaczenie. To, co pasuje, staje się kolejnym fragmentem układanki. A to, co nie wpisuje się w jej zarys, pozostaje gdzieś poza jej krawędzią.

W takim obrazie można być świadomym, autentycznym, wolnym, kochającym. Można znać swoje granice, potrzeby i prawdę. Wszystko może być na swoim miejscu…

Tylko pęknięcia mają tę dziwną przypadłość, że nie zawsze pojawiają się tam, gdzie chcielibyśmy ich szukać.

Konfrontacja z tym, co nie pasuje

Pęknięcie nie zawsze musi być wielkim wydarzeniem. Czasem pojawia się w słowie, które zabolało bardziej, niż byśmy się tego spodziewali. W czyjejś reakcji, której nie potrafimy zrozumieć. Emocji niepasującej do obrazu, jaki mamy o sobie. A także, w ciszy, która nagle staje się mniej wygodna niż wszystkie odpowiedzi, które wcześniej potrafiliśmy sobie dać.

W takich momentach znane słowa nadal pozostają pod ręką. Możemy nazywać czyjeś zachowanie lub reakcję, określać własne emocje, postawić granicę czy znaleźć przyczynę. Możemy także sięgnąć po wszystko to, czego nauczyliśmy się o sobie i świecie. I być może każde z tych słów będzie miało sens i uzasadnienie w naszej głowie.

A jednak czasem pozostaje coś, czego nie udało się nimi objąć.

To coś pomiędzy tym, kim o sobie mówimy, a tym, co właśnie poczuliśmy. Pomiędzy własną prawdą, a obecnością drugiego człowieka. Pomiędzy obrazem bez pęknięć, a tym jednym miejscem, którego nie dało się już zostawić poza jego krawędzią.

I właśnie tam słowa na chwilę tracą swoją przewagę…

Prawda, zanim zostanie określona słowami      

Kiedy słowa na chwilę tracą swoją przewagę, pozostaje przestrzeń, której nie trzeba natychmiast wypełniać. Bez nazwy, definicji czy kolejnego znaczenia. Bez potrzeby układania tego, co się wydarzyło, w dobrze znaną historię.

Prawda nie zawsze pojawia się w takiej formie, w jakiej spodziewamy się ją odnaleźć. To, co spotykamy, może pasować do obrazu, który już znamy, ale może również pozostawić na nim kolejne pęknięcia.

Słowa nadal zostają. Możemy nimi mówić o miłości, wolności, granicach, świadomości czy autentyczności. Możemy opowiedzieć nimi siebie najlepiej, jak potrafimy.

A pomiędzy tym, co o sobie mówimy, a tym, jak żyjemy, zawsze pozostaje przestrzeń. Chwila pomiędzy tym, co się wydarzy, a tym, jak to nazwiemy. Gdzieś właśnie tam patologia słowa zaczyna nabierać własnego znaczenia.

Podobne wpisy

Zostaw komentarz