
Czy naprawdę potrzebujemy substancji psychoaktywnych – by spotkać się z prawdą o sobie?
A może to, czego tak bardzo szukamy w tych doświadczeniach, wcale nie znajduje się „gdzieś na zewnątrz”, lecz już jest w nas – tylko czeka na bezpieczną przestrzeń oraz wewnętrzną odwagę, by móc się ujawnić?
W ostatnich latach coraz więcej osób kieruje swoją uwagę ku psychodelicznym podróżom. Grzyby psylocybinowe, ayahuaska, DMT, LSD czy mikrodozowanie stały się dla wielu sposobem na „przebudzenie”, „przepracowanie traumy”, „rozpad ego” lub jak modnie to się teraz nazywa „spotkanie z duszą”. Część opisuje swoje przeżycia jako mistyczne, inni jako oczyszczające, jeszcze inni – jako brutalną konfrontację z tym, czego latami unikali.
Niektórzy mówią: „Widziałem całe swoje życie z innej perspektywy”, „Czułam prawdę o sobie tak intensywnie, że nie mogłam od niej uciec”, „To było jak rozmowa z tym, co w środku zawsze czekało”.
I choć doświadczenia psychodeliczne potrafią być silne i poruszające, pozostawiają pytanie, które powraca dopiero później:
Czy to, co zobaczyłaś/zobaczyłeś, było tylko chwilowym odlotem – czy początkiem prawdy, którą odważysz się przeżyć naprawdę?
substancje psychoaktywne
Psychodelik jako katalizator prawdy – czy to jedyna droga?
W doświadczeniach wielu uczestników w ceremoniach pojawia się podobny motyw:
„Myślałem, że uciekam od siebie, ale to wszystko wróciło w wizji”.
„Zobaczyłem emocje, które od dawna były ukrywane”.
„Czułam, jak moje ciało mówi w imieniu duszy”.
To prowadzi do jednego z najważniejszych pytań:
Czy psychodeliki pokazują coś nowego, czy tylko usuwają zasłony, które wcześniej blokowały autentyczność?
Wielu badaczy sugeruje, że substancje psychoaktywne nie tworzą wglądów, lecz tymczasowo rozluźniają ego – wewnętrzny system kontroli i narracji. Ego samo w sobie nie jest wrogiem, to „mechanizm ochronny”. Problem pojawia się wtedy, gdy zbyt mocno się do niego przywiązujemy – wtedy staje się barierą, która blokuje dostęp do głębszych emocji, lęków i autentycznych potrzeb.
Psychodeliki, ceremonie, DMT to często momenty, w których blokada ego na chwilę znika. Wtedy, i tylko wtedy, mogą wypłynąć emocje, historie, obrazy…
Dla wielu osób ceremonie psychodeliczne stają się ważnym rytuałem inicjacyjnym – momentem przejścia, który otwiera głębszą perspektywę na siebie i życie. Gdy odbywają się w świadomej intencji, w bezpiecznej przestrzeni, pod opieką doświadczonych prowadzących i z szacunkiem dla procesu, mogą stać się katalizatorem realnej transformacji. Dla niektórych to właśnie ten impuls staje się początkiem prawdziwej pracy z własnym wnętrzem, a nie jej substytutem.
Niektórzy wierzą, że to jedyna droga do prawdy, że tylko w stanie psychodelicznego uniesienia można naprawdę „zobaczyć siebie”. Ale jeśli w codzienności wciąż uciekamy od konfrontacji, zakrywamy lęki nowymi bodźcami i nie chcemy usłyszeć tego, co niewygodne, to nawet najgłębsza ceremonia stanie się jedynie intensywnym przeżyciem, a nie realnym wglądem.
Bo prawda nie zależy od substancji, lecz od tego, czy jesteśmy gotowi jej nie zagłuszyć, gdy zacznie się pojawiać.
Więc zadaj sobie pytanie: Chodzi o doświadczenie intensywnego „odlotu”, czy o odwagę spotkania się z tym, co na co dzień tak skrzętnie ukrywasz przed sobą?
Po co tak naprawdę ludzie sięgają po „odlot”?
Nie zawsze chodzi o mistykę czy tzw. odlot. Często to próba ulgi, impuls do poruszenia czegoś, co trudno uchwycić w codzienności. Dla wielu jest to sposób, by „przyśpieszyć” spotkanie z emocją, której sami nie potrafią dotknąć. W świecie, który nieustannie przyspiesza, psychodeliki wydają się wyłomem w murze: chwilowym przesunięciem granicy między tym, co pokazuję światu, a tym, co naprawdę czuję.
W takich doświadczeniach może pojawić się coś ważnego – obraz, emocja, sensacja, wspomnienie, które wcześniej było zbyt głęboko ukryte. Jednak to, co się ukaże, nie zawsze od razu staje się zmianą. Czasem zostaje jako intensywne wspomnienie. Czasem domaga się czasu. Czasem wraca dopiero po miesiącach w zupełnie innym momencie życia.
Psychodeliczne doświadczenia potrafią być początkiem, ale nie zawsze stają się drogą. Wszystko zależy od tego, co wydarzy się później: czy pojawi się przestrzeń na refleksję, gotowość do spotkania z tym, co zostało poruszone, oraz warunki, by to, co zobaczone mogło zostać nie tylko zapamiętane, ale i usłyszane.
Czy można zobaczyć siebie głęboko – bez haju?
Są ludzie, którzy przechodzą transformacje bez udziału substancji. Nie dlatego, że są „bardziej rozwinięci”, ale dlatego, że stworzyli warunki, w których prawda mogła wyłonić się naturalnie – bez gwałtownego bodźca.
Czasem zaczyna się to w ciszy.
Czasem w świadomym oddechu.
Czasem w momencie, gdy ciało zaczyna mówić napięciem, drżeniem lub bólem bez wyraźnej przyczyny.
Czasem wtedy, gdy udawanie przestaje być możliwe.
To osoby, które zdecydowały się stopniowo zdejmować maski, nie dlatego, że było to łatwe, ale dlatego, że nie chciały już dłużej żyć w rozszczepieniu między tym, co pokazują światu, a tym, co naprawdę czują. Nie szukały odpowiedzi w substancjach psychoaktywnych, tylko odwagi, by spotkać się z tym, co niewygodne – nawet jeśli proces miał trwać dłużej.
W takich przypadkach prawda nie przychodzi jak eksplozja. Pojawia się jak fala – spokojna, ale nieustępliwa. Wraca, aż zostanie zauważona…
Droga do wewnętrznej prawdy nie musi być gwałtowna, ale musi być bezpieczna.
Wiele osób sięga po psychodeliki, bo nie potrafi stworzyć wokół siebie przestrzeni, w której można być autentycznym. Świat jest hałaśliwy. Myśli są pełne lęku. Ciało jest napięte. Emocje są ukrywane.
Wewnętrzna konfrontacja wymaga dwóch rzeczy: ciszy i bezpieczeństwa. Jeśli ich nie ma – ego trzyma się jeszcze mocniej, chroniąc nas przed rozpadem.
Głęboki wgląd wymaga zaufania do własnego wnętrza – a ono nie pojawia się w chaosie. Wgląd rodzi się tam, gdzie napięcie powoli ustępuje i zostaje przestrzeń, by usłyszeć to, co subtelne.
Przestrzeń, która pozwala duszy mówić.
Nie każdy od razu potrafi wejść w głęboką autorefleksję. Czasem potrzeba „energetycznej miękkości”, która rozluźni napięcia w ciele i umyśle. Warunków, w których wszystko przestaje być surowe i kontrolujące.
Tu pojawia się rola przestrzeni, w której można poczuć siebie inaczej. Nie jako kogoś, kto musi „udowodnić” coś światu, ale jako istotę, która ma prawo do ciszy, do wglądu, do łagodności wobec tego, co w niej żyje.
To właśnie w takich przestrzeniach zaczynamy czuć, czego naprawdę się boimy, za czym tęsknimy, co było ukryte pod „muszę”, „powinienem”, „dam radę”.
Creatoz – gdy przestrzeń staje się wsparciem, a nie presją.
Są momenty, w których człowiek nie potrzebuje kolejnego bodźca ani nagłego przebudzenia – tylko miejsca, w którym jego system może się wyregulować. Przestrzeni, w której ciało przestaje być w trybie obronnym, a umysł nie musi stale walczyć o kontrolę.
Właśnie w takim ducha powstały Harmonizatory Stacjonarne Creatoz. Nie po to, by zmieniać człowieka lub narzucać reguły jestejstwa, ale by subtelnie dostrajać jego otoczenie energetycznie tak, by wewnętrzna regulacja stała się łatwiejsza. Nie jest to „magiczna brama”, ani obietnica nagłego przebłysku – raczej ciche wsparcie, które pomaga przejść z napięcia do harmonii.
W bardziej uporządkowanym polu łatwiej dostrzec emocje, które wcześniej były zagłuszane. Myśli przestają się ścigać. Oddech wraca do swojego rytmu. Ciało zaczyna mówić swoim językiem, a Ty jesteś w stanie go usłyszeć.
Dopiero wtedy mogą wyłonić się pytania, które wcześniej były zbyt trudne, by je zadać:
- Co próbuję pomijać?
- Dlaczego ten lęk wraca?
- Czy ten ciężar naprawdę należy do mnie?
- Co próbowało zostać zauważone od dawna?
Harmonizator nie prowadzi procesu za Ciebie, ale stwarza warunki, w których kontakt z samym sobą staje się mniej bolesny i bardziej dostępny.
Jest jak obecność kogoś, kto nie mówi, co masz czuć, ale sprawia, że łatwiej usłyszeć to, co i tak w Tobie było.
Nie zawsze potrzebujemy odlotu. Czasem potrzebujemy spotkania.
Prawda o nas nie zawsze przychodzi w formie wizji.
Czasem przychodzi w drżeniu dłoni.
W pierwszym świadomym „nic nie muszę”.
W łzie, która spływa, choć wokół panuje cisza.
W momencie, gdy zamiast uciekać – zostajesz i słuchasz.
Psychodeliki mogą być impulsem lub wsparciem dla niektórych. Ale nie są jedyną drogą. Bo prawda nie zawsze potrzebuje gwałtownej eksplozji. Czasem potrzebuje tylko tego, byśmy na chwilę przestali się bronić przed sobą.
I wtedy okazuje się, że nie trzeba było „odlecieć”, by się obudzić.
Trzeba było tylko stworzyć przestrzeń, w której można się było wreszcie spotkać – naprawdę.
























